sobota, 29 listopada 2014

Angels in the hell #1 Poczatek czy koniec?

                         #1 Poczatek czy koniec?                        

Obudzilem sie z silnym bolem w klatce piersiowej. Przetarlem oczy po czym rozejrzalem sie po malym pokoiku w ktorym wlasnie sie znajdowalem. Biale sciany, lozko na ktorym lezalem, male okienko oraz stolek na ktorym siedzial chlopak. Bialowlosy chlopak ktorego mialem zaszczyt poznac juz wczoraj. Biala grzywka opadajaca na oko i nieobecne spojrzenie wpatrzone w sciane. Usiadlem na lozku i spojrzalem na niego. Nawet sie nie odwrocil. Zobaczylem jednak ze katem oka caly czas na mnie spoglada. Tym razem byl odziany w granatowy sweter i czarne rurki. Na nogach glany. Sprawial wrazenie typowego buntownika. Milczalem obserwujac nastolatka. Bylem ciekawy gdzie jestem ale postanowilem nie zadawac pytan. Przypomnialem sobie wydarzenia z wczoraj. Nadjezdzajaca ciezarowke. Swiatla. Katherine. Smierc. Jaka smierc? Przeciez ja zyje. Przynajmniej tak sie czuje, mimo tego okropnego bolu ktory tak bardzo mnie sciska w sercu. Nie mialem pojecia gdzie jestem i co tu robie, nie wiedzialem tez co sie wczoraj stalo. Mialem kompletna pustke w glowie ale czulem ze nie powinienem teraz zadawac jakich kolwiek pytan. Niech sie sam odezwie. "Nie zabije go." - Powiedzial wczoraj smutnym glosem. Dlaczego mial mnie zabic? Kim ja jestem ze nagle grupa mlodych ludzi napada na mnie z nozami w rece?
-Ale mnie leb boli... - Odezwal sie w koncu wzdychajac ciezko. - Musze w koncu wziac jakies prochy.
-Slucham? - Popatrzylem na niego jak na wariata. Co mi po jego bolu glowy i tabletkach? Naprawde mi sie to teraz przyda, doprawdy.
-Nigdy cie glowa nie bolala? - Odwzajemnil spojrzenie swoimi duzymi czerwonymi oczami. Bylo w nich cos dziwnego i jednoczesnie magicznego. Cos co bardzo przykuwalo moje spojrzenie.
-Oczywiscie ze bolala... - Jeknalem nie wiedzac co powinienem powiedziec w tej sytuacji. "Co mnie w tej chwili do cholery obchodzi twoja glowa?" - Myslalem wtedy.
-W takim razie co robisz takie oczy?
-Bo wczoraj przezylem smierc. - Burknalem tupiac przy tym noga. - Czy bedziesz taki mily i wytlumaczysz mi co ja tu robie?
-Jestes w piekle. - Wytlumaczyl wyciagajac z kieszeni pudelko z papierosami Black Devil. Zapalil jednego i ponownie schowal mala paczke. - Dlaczego ja ci to tlumacze? To powinien ci teraz mowic twoj kochany braciszek.
-Braciszek?
-Jezu... - Pokrecil glowa jakbym powiedzial cos zle. - Twoj starszy brat. Pierwszy syn naszego krola i drugie dziecko. Ty jestes trzecim.
-Jakiego znowu krola? - Skojarzylem fakty. Czy znajdowalem sie w psychiatryku? W koncu biale sciany, male okno...Zgadzaloby sie. - Czy to jest miejsce nazywane psychiatrykiem?
-Ze co? - Rozesmial sie glosno dalej palac papierosa. - To pieklo. Takie miejsce do ktorego przychodza bardzo male jednostki ludzi po smierci. Teraz rozumiesz?
-Dlaczego umarlem? - Spytalem. Nie zdziwilo mnie zbytnio to co powiedzial. Tak bardzo bolalo mnie serce ze ledwo moglem mowic a co dopiero zadawac mase pytan.
-Aby zamieszkac ze swoja prawdziwa rodzina. - Powiedzial cicho. Wyczulem w jego glosie smutek. Nie zdazylem nawet nic powiedziec a uslyszalem glosne pukanie do drzwi. - Wlaz!
Ujrzalem wysokiego brazowowlosego mezczyzne ubranego w drogi garnitur. Starannie przyczesane wlosy i duze zielone oczy. Przystojny. Takie bylo moje pierwsze wrazenie. Mezczyzna usiadl obok mnie na lozku usmiechajac sie szeroko. Spojrzalem na niego zdziwiony obecnoscia dostojnego mezczyzny. Mialem teraz to samo odczucie co przy obecnosci Katherine. Tak jakbym znal go juz od wielu lat ale nigdy go nie widzialem. "Kto to jest?" - Zastanawialem sie spogladajac na bialowlosego. Ten jednak zamiast mi pomoc poslal mi tajemniczy usmieszek i wyszedl z pomieszczenia. Zostalem sam na sam z obcym facetem. Uciekac czy zostac? Zwazajac jednak na bol postanowilem zostac.
-Wyrosles. - Stwierdzil po chwili nie odrywajac ode mnie spojrzenia. - Z wygladu wdales sie w ojca.
-Slucham? - Jakiego do cholery ojca? Nie mam ojca. Ten temat nalezy w moim domu do tematow tabu. Nikt go nigdy nie poruszal. Wiem tylko ze jak bylem maly uciekl bez slowa i to wszystko. Czyzby ten czlowiek znal mojego prawdziwego tate? Nagle poczulem chec poznania go. - Kim jestes?
-Wlasnie! - Wykrzyknal uradowany. - Nie przedstawilem sie. Zapomnialem ze mnie nie znasz, przepraszam braciszku. Jestem Matthew. Twoj starszy brat. Przyjmij moje przeprosiny za Nathaniela i Katherine. Nie powinni sie tak wobec ciebie zachowywac.
-Nawet mi sie nie przedstawil. - Burknalem majac na mysli rzekomego Nathaniela. Zaczal gadac o jego glowie ale zeby sie juz przedstawic to nie. Mialem racje, buntownik. - Co ja tu robie i dlaczego to tak boli?
-Rana po twojej smierci sie goi. - Wyjasnil powaznym tonem jakby smierc czlowieka byla na porzadku dziennym. - Poboli jeszcze z dwa tygodnie ale bedzie coraz lepiej. Kiedy ujrzalem jak matka cie traktuje musialem poprosic moich ludzi aby zaczeli cie szukac i tutaj sprowadzic.
-A moje zdanie? - Wyjakalem bo bol byl coraz mocniejszy. Myslalem ze zaraz zemdleje bo ciagle robilo mi sie ciemno przed oczami. - Nie mam nic do powiedzenia? Ty myslisz ze bedzie mi tu lepiej a wiesz co ja mysle? Ze jestem w psychiatryku.
-Kwestia przyzwyczajenia. - Rozesmial sie pokazujac przy tym idealnie biale zeby. Oparlem sie glowa o jego ramie czujac ze trace wszelkie sily. - Bedzie ci sie tak robic regularnie przez dlugi czas. Nie jestes przyzwyczajony do tutejszych warunkow dlatego. Ale spokojnie, do wesela nie bedzie tak bolalo. Moze porozmawiajmy o czyms przyjemniejszym, co? Zauwazylem ze Nathaniel bardzo cie polubil. Z nikim nie rozmawia, do nikogo sie nie odzywa...A do ciebie sam zagadal. Specjalnie uzyl tego pretekstu z bolem glowy. Chce sie z toba zaprzyjaznic. Inaczej to onby cie wtedy zabil. Ale taka smierc bardziej boli dlatego chcial aby przejechala cie ta ciezarowka.
-Naprawde? Mozliwe ze jakos uda mi sie z nim zaprzyjaznic. Ale ta cala Katherine. To typowa Yandere.
-Yandere? - Ponownie rozesmial sie beztrosko. - To japonskie okreslenie dla osoby ktora na poczatku jest mila a pozniej przeradza sie w psychopate, nie?
-Duzo o tym wiesz.
-Zyje w piekle juz ponad dwiescie lat. - Westchnal unikajac mojego spojrzenia. - Pokazac ci moje skrzydla?
-Skrzydla?
Matthew wstal z lozka i uniosl wysoko ramiona. Zobaczylem na wlasne oczy wylaniajace sie z jego sylwetki ogromne czarne skrzydla. Takie jakie widywalem na przeroznych obrazkach przedstawiajacych anioly w internecie.
-Dlaczego sa czarne? - Spytalem ciekawie. Nic mnie juz nie dziwilo. Bylem synem krola piekla, mialem brata i z tego co mowil Nathaniel chyba jeszcze siostre. Teraz jakies anioly...Trudno. To pewnie jeszcze nie jest koniec.
-Biale skrzydla istnieja tylko w opowiesciach. - Wyjasnil powoli chowajac skrzydla z powrotem. Ponownie usiadl obok mnie na lozku. - Zawsze marzylem o tym aby cie poznac i zostac juz na zawsze twoim starszym bratem.
-Skad wiedziales ze istnieje?
-Od ojca. - Powiedzial ze smutkiem w oczach. - Mamy jeszcze siostre. Jest od mojego ciala, ktore ma obecnie dwadziescia cztery lata starsza o az piec lat. Rowniez mieszka w piekle. Gdzies bardzo daleko stad. Nikt nie chcial mi powiedziec jak sie nazywa czy kim wlasciwie jest. Nie znam jej.
-Rozumiem. - Westchnalem usmiechajac sie pocieszajaco. - To tak jak ja i ty. Tylko ze ja w ogole nie mialem pojecia ze mam starszego brata a ty chociaz wiedziales ze istnieje.
-Pewnie ona tez o nas nie wie. - Mruknal cicho Matt. - Ale trudno. Tak juz bywa. Kiedys wyjasnie ci wiecej o naszej rodzinie. Nie jestes czasem spiacy?
-Bardzo. - Ziewnalem mowiac to.
-W takim razie spij. - Wstal z miejsca i udal sie do drzwi. - Za kilka godzin przyjdzie do ciebie nasza sluzaca, Rosalia. Poda ci leki przeciwbolowe. A teraz spij.
Po kilku sekundach juz go nie bylo a ja bardzo szybko zapadlem w dlugi, smutny sen.
                                                                               ♥
-Ma pani naprawde przepieknego synka. - Uslyszalem glos kobiety z ktora wlasnie gawedzila moja matka. Sam bawilem sie beztrosko w piaskownicy. Nawet nie zauwazyly ze przysluchuje sie tej rozmowie. - Moj jest jego calkowitym przeciwienstwem... Najlepiej zeby w ogole nie przyszedl na swiat. Zwykly lamaga z niego i tyle.
-Pozory myla. - Westchnela gleboko mama potrzasajac swoimi dlugimi czarnymi wlosami. Kiedys wygladala jak mloda kobieta cieszaca sie zyciem. Teraz wrecz przeciwnie. - Moj jest taki sam. Chcialam go usunac ale dziwnie tak zabic dziecko.
Wtedy bylem jeszcze malym brzdacem i nie mialem pojecia co to znaczy "usunac dziecko". Teraz niestety wiem. Caly czas pamietam te nieszczesne slowa wypowiedziane przez moja wlasna rodzicielke.
-A teraz tak oddac go do adopcji nie wypada... - Mruknela nowa przyjaciolka kobiety ktora wydala mnie na ten swiat. - Trzeba wychowac a pozniej sie pozbyc.
-Dokladnie. - Usmiechnela sie mowiac to matka.
Ta krotka rozmowa to chyba jedyne moje wspomnienie z chwil spedzonych z ta kobieta. To byl pierwszy i ostatni raz kiedy gdziekolwiek mnie zabrala. Nie kochala mnie. Dopiero teraz gdy o tym mysle uswiadomilem sobie to. Wstalem wtedy i podszedlem do chlopczyka, syna drugiej matki. Byl ode mnie bodajze rok starszy. Poczulem wtedy ze jestesmy podobni. Mial na imie Oliver. Polubilem go i to bardzo. Od tamtej chwili zostalismy najlepszymi przyjaciolmi. Spotkalismy sie codziennie, rozmawialismy godzinami. Czasem wloczylismy sie po miescie lub szlismy po prostu porozmawiac do parku. Pewnego dnia zadzwonil do mnie z placzem o piatej rano. Spalem ale kiedy obudzilem sie slyszac dzwonek mojego telefonu i imie "Oliver" na wyswietlaczu odebralem. Nawet odrobine nie bylem na niego zly za to ze dzwoni o takiej porze. Bardziej martwilem sie w tej chwili o niego.
-Christian... - Uslyszalem szlochajacy glos. Tylko on zwracal sie do mnie "Christian". Wszyscy inni mowili po prostu "Chris", ale lubilem jak tak mowil. Nie byl "wszystkimi". Byl jedynym ktory sie dla mnie liczyl. Najlepszym przyjacielem ktory wiedzial o mnie wszystko.
-Co sie stalo?! - Krzyknalem wystraszony nie wiedzac czego moge sie po nim spodziewac. Nigdy nie widzialem, czy tez nie slyszalem aby plakal. Czulem wtedy smutek. Kiedy on plakal ja automatycznie stawalem sie rowniez smutny. Nie chcialem aby cierpial.
-Nie bedziemy sie widziec przez rok, przepraszam...
-Ale dlaczego? - Spytalem zdezorientowany. "To tylko rok, jakos przezyje." - Pomyslalem w tej chwili chcac dodac sobie otuchy. Nie pomoglo. Rece zaczely mi sie niebezpiecznie trzasc. Lzy polecialy z oczu. "Zostane sam..." - Nie moglem chwilowo zlapac oddechu. Dlaczego ode mnie odchodzi?
-Posluchaj... - Mruknal cicho po chwili milczenia. - Obiecuje ci ze jeszcze sie spotkamy. Nie wiem czy to bedzie rok czy kilka lat ale zobaczysz. Spotkamy sie. Jestes moim calym zyciem, nie zostawie cie samego. Pamietasz nasze pierwsze spotkanie? Bylismy dziecmi. Teraz wszystko sie zmienilo.
-Co sie kuzwa zmienilo?! - Ryknalem ponownie zdezorientowany jego slowami. - Kilka lat? Nie wytrzymam bez ciebie, debilu! Bede sam, nie przezyje tego...Nie rob mi tego...
Moje skomlenia jednak nic nie daly.
-Dobrze wiesz ze cie nie oklamuje. - Caly czas plakal. Myslal ze nie slysze ale ja dokladnie slyszalem jak bardzo cierpial. Nie moglem wiecej na niego krzyczec, po prostu nie moglem.
-Dalej nie powiedziales dlaczego...
-Dowiesz sie za jakis czas. - Kiedy to powiedzial poczulem jakby jego ciepla dlon gladzila mnie po glowie. Szkoda ze to byla tylko iluzja. Teraz wiem ze nie mial nawet odwagi powiedziec mi tego twarza w twarz. Tchorz. Rozlaczyl sie. Rzucilem telefonem o szafke po czym polozylem sie ze lzami w oczach na lozku. Nie bylem na niego zly. Bylem zly na siebie. "Popelnilem jakis blad?" - Myslalem przez caly czas. Dwa dni pozniej przeczytalem w gazecie artykul, "Oliver Longestreet zaginal dwa dni temu. Wyszedl o szostej rano z domu i do tej pory nie wrocil. Osoby ktore go widzialy prosimy pilnie o kontakt". Nie wierzylem w to co czytam. Spedzilem piec godzin na szukaniu go po miescie w naszych ulubionych miejscach, nie znalazlem go nigdzie. Poddalem sie. Wrocilem do domu. Matki jak zawsze nie bylo. Zostalem z tym wszystkim sam. Przelezalem reszte dnia patrzac w sufit. Kolejne dnie mijaly tak samo. Nie chodzilem do szkoly. Siedzialem w domu czekajac na jakiekolwiek wiesci od przyjaciela. Nic. Cisza. To i tak bylo o wiele lepsze od tego co dowiedzialem sie dwa tygodnie pozniej. Wyszedlem na chwile z domu do kiosku. Dzisiaj wychodzilo nowe wydanie gazety informacyjnej. Kiedy doszedlem na miejsce nigdzie nie moglem znalezc owej gazety. W koncu postanowilem spytac o nia dziewczyne ktora siedziala za kasa.
-Jest moze nowy numer "News'a"? - Spytalem z nadzieja w oczach.
-Jest ale dopiero przyszedl wiec nie zdazylam wylozyc go na polke. - Usmiechnela sie zyczliwie ekspedientka po czym podala mi gazete ktorej szukalem. Dalem jej do reki dwa dolary i zaczalem modlic sie w duchu aby tym razem na stronie glownej pisalo o tym iz znalezli mojego przyjaciela. Uslyszalem glos dziewczyny ktora przed chwila podala mi "News'a". - Taki mlody czlowiek a juz nie zyje. To takie przykre.
-Doprawdy? - Westchnalem nawet nie kojarzac jej slow z Oliverem. Zerknalem na glowna strone gazety. "Mlody chlopak, poszukiwany dwa tygodnie temu nie zyje. Jego zwloki odnaleziono w rzece. Oliver Longestreet zmarl wczoraj o godzinie 07:23. Prawdapodobnie popelnil samobojstwo skaczac z mostu ale sa to tylko nasze przypuszczenia." Opuscilem gazete na ziemie. Upadlem na kolana. Zaczalem plakac i krzyczec jednoczesnie.
-Dlaczego on to zrobil?! Jezu...
-Ale co sie stalo? - Uslyszalem zdezorientowany glos ekspedientki. - Prosze pana! Co sie dzieje? Wszystko dobrze?
-Co ma byc dobrze?! - Wydarlem sie bez powodu na biedna dziewczyne. Teraz tego zaluje, na pewno byla przerazona sytuacja a ja jeszcze na nia krzyczalem. - Nic nie jest dobrze...Ten idiota mnie zostawil! Zostalem sam...
Poczulem ze brak mi oddechu. Zrobilo mi sie czarno przed oczami. Stracilem wtedy wszystko. Osobe dla ktorej zylem. "Pusty egoista..." - Myslalem wtedy. Nie mialem pojecia dlaczego sie zabil. Mielismy takie same problemy, bylismy identyczni. Ale ja dalem rade, nie zabilem sie. A on? Myslal tylko o sobie. Zostawil mnie. Byl slaby psychicznie. Moze to nas roznilo? Tego nie wiem. Wtedy zemdlalem. Mloda dziewczyna ktora przed chwila podala mi ta gazete powodujac najgorsze wydarzenie w moim zyciu wezwala pogotowie. Zabrali mnie od razu. Nic mi sie nie stalo. Wypuscili mnie kilka dni temu, matka przyszla mnie odwiedzic tylko raz. Bylo mi przykro. Bardzo przykro. Wszyscy mnie opuscili. Teraz nikt mnie nie kochal. Jednak bylem na tyle silny psychicznie ze poradzilem sobie z tym wszytkim i rok pozniej wrocilem do normalnego stanu. Nie patrzylem juz godzinami w sufit, zaczalem normalnie funkcjonowac i chodzic do szkoly ale to wydarzenie pozostawi raz na zawsze duzy slad na mojej psychice. Tak jak chuda i wysoka sylwetka Olivera. Tego nigdy nie zapomne. Moje serce bije i bedzie bic zawsze tylko dla Ciebie. 

                                                                                                     TO BE CONTINUED

                                                  
                        
                                                             
                                                         

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz